Bangkok jest zdecydowanie stolica sex turystyki. Widac to na kazdym kroku. Jedzac kolacje w jednej z wiekszych knajp w okolicy widzielismy dookola nas conajmniej 5-6 par stary Angol+20letnia Tajka i cos gadka im sie nie klei... Tylko na okolo 10 sek. Dominika oddalila sie o pare krokow od swojego Rafcia i juz propozycja: do you want one, two or three? Na co Rafcio odpowiada: What? odpowiedz: hihihihi. Dlugo nie czekaly na klientow bo juz minute pozniej dwoch mlodych Anglikow nie spytalo What...
Widzielismy dzisiaj sliczna dzielnice historyczna z buddyjskimi swiatyniami i palacami - 35 PLN (co tutaj jest duza suma) ale zdecydowanie warto! Prawie zostalibysmy pozbawieni tego doswiadczenia, gdyz idac do wejscia dopadl nas jakis"uprzejmy" pan informujac nas,ze palac juz zamkniety ale moze nas zabrac tuk-tukiem do pobliskiego pozlacanego buddy. Mimo, ze nie chcielismy skorzystac z propozycji, uwierzylismy w bajke o zamknietym palacu i jedynie przypadek sprawil,ze tam wrocilismy.Oczywiscie daleko bylo mu do zamkniecia...
Bylismy takze w Chinatown.Brudno.Smierdzaco.Przeszla nam ochota na jedzenie, kiedy zoabczylismy w klatkach to,co mialoby byc za 10 minut na naszch talerzach.Zdecydowanie prefeujemy kuchnie tajska. Pychota! Za 10 zlotych mozna zjesc rewelacyjnie potrawy.Nawet Nika jest zachwycona i poki co nie doswiadczylismy tak taniej i dobrej kuchni w zadnym kraju.
Jutro wieczorem wyruzamy do Laosu-Vientiane.
Gorrrrraco
PS. Dla ciekawskich: sprawdzcie tuk tuk i ping pong + bangkok w google'u.
Friday, 26 June 2009
Thursday, 25 June 2009
TAJLANDIA: Pierwsze wrazenia z Bangkoku
Podroz zaczela sie dla nas bardzo szczesliwie, gdyz na lotnisku w Warszawie znalezlismy pieniadze(27o zl), a w dodatku przydzielili nam przez omylke klase biznes w boeingu 747.
W Bangkoku wyladowalismy o 12 czasu lokalnego.Na lotnisku zaskoczylo nas, ze wszyscy mieli maseczki , aby sie nie zarazic swinska grypa.
Jedzenie super i w dodatu tanie.
Pierwszy hotel z basenem(duzo powiedziane) za 10 euro.
Pierwsze odwiedziny:
Red Light District- turystyczna wizytowka Bangkoku-szybko wrocilismy spowrotem
Starbucks
Jutro:
Floating Market
Old City
Chinatown
Downtown
Pojutrze wyruszamy z Bangkoku.
Baaaaaaaaaaaardzo goraco i duszno
Bardzo duzo ruchu i zycia
Cdn.
W Bangkoku wyladowalismy o 12 czasu lokalnego.Na lotnisku zaskoczylo nas, ze wszyscy mieli maseczki , aby sie nie zarazic swinska grypa.
Jedzenie super i w dodatu tanie.
Pierwszy hotel z basenem(duzo powiedziane) za 10 euro.
Pierwsze odwiedziny:
Red Light District- turystyczna wizytowka Bangkoku-szybko wrocilismy spowrotem
Starbucks
Jutro:
Floating Market
Old City
Chinatown
Downtown
Pojutrze wyruszamy z Bangkoku.
Baaaaaaaaaaaardzo goraco i duszno
Bardzo duzo ruchu i zycia
Cdn.
Friday, 29 August 2008
USA: Ostatnie 48h
Ostatnie 48 godzin wyprawy opisac mozna jednym slowem - KOSZMAR!
Zaczelo sie niewinnie. Rafcio mial urodzinki i wyszlismy rano na plaze. Bylo super. Po powrocie do 3,5 (*) hotelu (ktory byl swietny) Rafcio zle sie poczul i nastepna czesc dnia minela nam na lataniu do apteki po wode i aspiryne (Dominika) i lezeniu pod koldra (Rafcio). A mielismy sie spotkac ze znajomymi z Levallois. Co gorsza okazalo sie, ze nie da sie odwolac wieczornej kolacji (koszt anulacji to 100 USD!!!) ani zamowic lekarza do domu (koszt: 675 USD!!!!!!), gdzie my trafilismy??!! W rezultacie wybralismy sie taksa do restauracji o tajemniczej nazwie B.E.D. Miejsce okazalo sie rewelacja. Nigdy nie jedlismy tak dobrej ryby (Sea Bass) a wystroj byl wyjatkowo nietypowy - siedzialo sie na duzych lozkach-kanapach, dj i mini kino na scianach tworzyly super klimat. Wszystko podswietlane na fioletowo niczym w dobrym klubie nocnym (z reszta wejscie tez wygladalo jak klub). Ciekawskich zapraszamy tutaj:
http://www.bedmiami.com/site/view/
Bywaly tam rozne gwiazdy jak poznacie kogos dajcie znac w komentarzach bloga:
http://www.bedmiami.com/site/view/paparazzi.html
Tort byl takze niesamowity - pyszne czekoladowe ciasto z lodami. Palce lizac! W dodatku Rafcio byl na prochach wiec go nic nie bolalo :D
Niestety dalsza czesc wieczoru okazala sie straszna. Pojechalismy do szpitala aby sie upewnic, ze wszystko jest OK. Czekalismy dwie godziny w poczekalni z wariatami. Szpital faktycznie super jesli chodzi o sprzet. Obsluga - mocno srednia. Po trafieniu na konsultacje (okolo polnocy) dowiedzielismy sie, ze jest podejrzenie bardzo groznej choroby tropikalnej i nalezy pobrac plyn rdzeniowy oraz krew. Nastepne cztery godzin byly horrorem (szczegolnie dla Dominiki, ktora wychodzila z siebie z nerwow) - czekanie na wyniki w malym pokoju. Wyniki okazaly sie OK wiec udalismy sie "szybko" do hotelu : 4:00 rano (!). Dominika poszla spac o 5tej pakujac reszte rzeczy a Rafcio ustawil budzik na 6 i zasnal kamiennym snem (po lekach usypiajacych podanych dozylnie).
ZASPALISMY!!! i Rafcio kiedy otworzyl oczy na zegarku byla godzina 9 (nie slyszelismy budzika). A o 9:30 odlatywal samolot....
Tutaj padl kolejny rekord wyprawy: wyjscie z hotelu zajelo nam zaledwie 3 minuty i juz o 9:40 bylismy na lotnisku.
Udalo nam sie przestawic lot do NYC na 12ta (o 20tej mielismy lot z NYC do Paryza) - niby wszystko na styk ale wydawalo sie do zrobienia - zahaczymy o Igora, odbierzemy bagaze i pojedziemy spokojnie na drugie lotnisko. Niestety lot zaczal sie opozniac i ostatecznie wylecielismy z Miami o 14h30!
Wygladalo wiec na to, ze bedziemy nocowac w NYC i stracimy ok. 200 euro za czekanie do nastepnego dnia (nocleg, taxa., przelozenie lotu...).
Na la guardii wyladowalismy o 5 ale bagaze odebralismy dopiero o 5:40. Dostac sie na lotnisko w 50 minut: MISSION IMPOSSIBLE (trzeba jechac przez manhattan po bagaze wiec minimum to 1h30 nie liczac korkow).
Jednak misja okazala sie mozliwa dzieki SUPER taksowkarzowi, ktory znal miasto i skroty oraz uliczny traffic (dzieki polaczeniu z biurem) jak wlasna kieszen. Dotarlismy do check in'u o 7h00 czyli na 1h przed odlotem - ostatni dzwonek!
Wszystko wygladalo rozowo - ale z naszym pechem cos musialo sie zdarzyc.
Czekalismy ponad godzine na odlot (korek 30 samolotow na pasie startowym) a potem wpadlismy w straszne turbulencje nad polwyspem labradora (w malutkim samolocie o 6 siedzeniach w szerz dalo sie to szczegolnie odczuc).
PS. Dla tych ktorzy wybieraja sie do USA: kupujcie ubezpiecznie zdrowotne z natychmiastowym pokryciem wydatkow - UP FRONT.
Zaczelo sie niewinnie. Rafcio mial urodzinki i wyszlismy rano na plaze. Bylo super. Po powrocie do 3,5 (*) hotelu (ktory byl swietny) Rafcio zle sie poczul i nastepna czesc dnia minela nam na lataniu do apteki po wode i aspiryne (Dominika) i lezeniu pod koldra (Rafcio). A mielismy sie spotkac ze znajomymi z Levallois. Co gorsza okazalo sie, ze nie da sie odwolac wieczornej kolacji (koszt anulacji to 100 USD!!!) ani zamowic lekarza do domu (koszt: 675 USD!!!!!!), gdzie my trafilismy??!! W rezultacie wybralismy sie taksa do restauracji o tajemniczej nazwie B.E.D. Miejsce okazalo sie rewelacja. Nigdy nie jedlismy tak dobrej ryby (Sea Bass) a wystroj byl wyjatkowo nietypowy - siedzialo sie na duzych lozkach-kanapach, dj i mini kino na scianach tworzyly super klimat. Wszystko podswietlane na fioletowo niczym w dobrym klubie nocnym (z reszta wejscie tez wygladalo jak klub). Ciekawskich zapraszamy tutaj:
http://www.bedmiami.com/site/view/
Bywaly tam rozne gwiazdy jak poznacie kogos dajcie znac w komentarzach bloga:
http://www.bedmiami.com/site/view/paparazzi.html
Tort byl takze niesamowity - pyszne czekoladowe ciasto z lodami. Palce lizac! W dodatku Rafcio byl na prochach wiec go nic nie bolalo :D
Niestety dalsza czesc wieczoru okazala sie straszna. Pojechalismy do szpitala aby sie upewnic, ze wszystko jest OK. Czekalismy dwie godziny w poczekalni z wariatami. Szpital faktycznie super jesli chodzi o sprzet. Obsluga - mocno srednia. Po trafieniu na konsultacje (okolo polnocy) dowiedzielismy sie, ze jest podejrzenie bardzo groznej choroby tropikalnej i nalezy pobrac plyn rdzeniowy oraz krew. Nastepne cztery godzin byly horrorem (szczegolnie dla Dominiki, ktora wychodzila z siebie z nerwow) - czekanie na wyniki w malym pokoju. Wyniki okazaly sie OK wiec udalismy sie "szybko" do hotelu : 4:00 rano (!). Dominika poszla spac o 5tej pakujac reszte rzeczy a Rafcio ustawil budzik na 6 i zasnal kamiennym snem (po lekach usypiajacych podanych dozylnie).
ZASPALISMY!!! i Rafcio kiedy otworzyl oczy na zegarku byla godzina 9 (nie slyszelismy budzika). A o 9:30 odlatywal samolot....
Tutaj padl kolejny rekord wyprawy: wyjscie z hotelu zajelo nam zaledwie 3 minuty i juz o 9:40 bylismy na lotnisku.
Udalo nam sie przestawic lot do NYC na 12ta (o 20tej mielismy lot z NYC do Paryza) - niby wszystko na styk ale wydawalo sie do zrobienia - zahaczymy o Igora, odbierzemy bagaze i pojedziemy spokojnie na drugie lotnisko. Niestety lot zaczal sie opozniac i ostatecznie wylecielismy z Miami o 14h30!
Wygladalo wiec na to, ze bedziemy nocowac w NYC i stracimy ok. 200 euro za czekanie do nastepnego dnia (nocleg, taxa., przelozenie lotu...).
Na la guardii wyladowalismy o 5 ale bagaze odebralismy dopiero o 5:40. Dostac sie na lotnisko w 50 minut: MISSION IMPOSSIBLE (trzeba jechac przez manhattan po bagaze wiec minimum to 1h30 nie liczac korkow).
Jednak misja okazala sie mozliwa dzieki SUPER taksowkarzowi, ktory znal miasto i skroty oraz uliczny traffic (dzieki polaczeniu z biurem) jak wlasna kieszen. Dotarlismy do check in'u o 7h00 czyli na 1h przed odlotem - ostatni dzwonek!
Wszystko wygladalo rozowo - ale z naszym pechem cos musialo sie zdarzyc.
Czekalismy ponad godzine na odlot (korek 30 samolotow na pasie startowym) a potem wpadlismy w straszne turbulencje nad polwyspem labradora (w malutkim samolocie o 6 siedzeniach w szerz dalo sie to szczegolnie odczuc).
PS. Dla tych ktorzy wybieraja sie do USA: kupujcie ubezpiecznie zdrowotne z natychmiastowym pokryciem wydatkow - UP FRONT.
Subscribe to:
Posts (Atom)



















